poniedziałek, 25 maja 2015

Odchylenia; EnAli

Odchylenia to mam chyba ja.
Dla Hibu, co by nie smutała i co by nie bolało choć przez chwilę!
(i ku pamięci rachunkowości finansowej, na myśl o której wciąż mam dreszcze)

~*~

Alibaba Saluja z westchnieniem położył się na blacie biurka, bawiąc się nerwowo długopisem. Nie zda, no za nic tego nie zda. Już jedną poprawkę uwalił, jeżeli na tej też nie da rady, to czeka go komis. I był już właściwie pewny, że na komisie nie da rady, więc tak w sumie to mógł już szykować pieniądze na warunek. To nie było aż tak wiele, jakaś stówka w plecy. A przynajmniej tak słyszał, bo wciąż się bał zajrzeć do spisu kosztów związanych ze studiami. A jeżeli więcej? To przecież były wykłady i ćwiczenia, na pewno to się mnożyło razy dwa, jasny gwint, Kouen na pewno go zabije!
Ni to warknięcie, ni to jęk opuścił jego usta, gdy z wyjątkowym natchnieniem i agresją godną większej sprawy namalował jakiegoś bazgroła w rogu kartki, na której liczył zadania. Nie zrobiło mu się od tego lepiej, więc narysował obok jeszcze krzywego kota, domek i pomidora. W sumie mógłby się teraz spełniać twórczo, mógłby dać upust swojej kreatywności, zająć się czymś pożytecznym, na przykład narysować kolejny komiks o produkcji ketchupu, a tak…
– Alibaba, liczysz?
Wzdrygnął się, słysząc ten cichy, groźny pomruk dobiegający z drugiego końca pokoju. Obejrzał się niepewnie przez ramię i niemal od razu tego pożałował, gdy zdał sobie sprawę, że Kouen wcale nie ma najpogodniejszej miny, gdy obserwował jego zmagania z kolejnymi zadaniami.
– Na którym zadaniu jesteś? – zapytał mężczyzna, nadal mu się przypatrując. No szlag by go, mógłby wrócić do swojej książki, którą trzymał w ręku! A tak w ogóle to mógłby już iść spać, była druga w nocy, normalni ludzie o tej godzinie spali!
– Na ósmym – powiedział, jednak głos mu zadrżał i Kouen najwidoczniej to wychwycił, bo tylko zmarszczył groźnie brwi. – No dobra, na szóstym!
– Alibaba… – Kouen nadal nie wyglądał na przekonanego.
– Czwartym…? – spróbował jeszcze raz, mając nadzieję, że może chociaż to zabrzmi wiarygodnie i tamten da mu spokój.
– Skończyłeś to pierwsze zadanie? – No i proszę, przejrzał go.
– Nie – jęknął, odchylając się w fotelu i rzucając ze złością ołówkiem, który odbił się od blatu i wbił w doniczkę z jakimś chwastem. Jak miło.
Spodziewał się, że Kouen zaraz się na niego wkurzy. Że zmarszczy te swoje cudowne, wąskie brwi i wstanie z łóżka, na którym leżał, po czym przerzuci go przez kolano i zleje pasem jak nigdy dotąd. Ale nie, mężczyzna po prostu patrzył na niego dłuższą chwilę, w końcu podnosząc się z łóżka i wychodząc. Po prostu wychodząc! Że co, że Alibaba nie jest godnym towarzyszem do rozmowy? Że niby taki głupi, że konwersacja z nim Kouenowi urąga? Czy może już zdążył się obrazić, że Alibaba nie liczy, jak mu Kouen przykazał i teraz będzie stroić fochy aż do jutrzejszego wieczoru?
Już miał poświęcić kolejny ołówek, którym planował rzucić przez całą długość pokoju, gdy mężczyzna wrócił z kubkiem herbaty w ręku. Co więcej, herbaty dla niego, wywnioskował, gdy Kouen położył mu ją na biurku, samemu opierając policzek o czubek jego głowy. Aż struchlał; rzadko kiedy Kouen okazywał mu takie gesty. Nie wiedział za bardzo, jak ma zareagować, więc po prostu siedział, nieco zdezorientowany, może tylko trochę wystraszony i zdziwiony. Nie wolno tak ludzi zaskakiwać, będąc nagle miłym i uprzejmym, dlaczego on tego nie rozumiał?!
– Kouen? – miauknął cicho, niepewnie odchylając się do tyłu i pozwalając, by ten objął go rękoma na wysokości ramion.
– Mmm?
– A jak nie zdam? – wyszeptał, zaciskając palce na tym nieszczęsnym ołówku.
– Zdasz – usłyszał jego pomruk przy uchu.
– A jak nie? – drążył dalej, chcąc już to usłyszeć, no dalej, Kouen, to nie jest trudne!
– To wykupimy ci warunek.
I bingo, Alibaba usłyszał, co chciał usłyszeć i w dodatku nie musiał mu niczego sugerować! W razie gdyby okazało się to za dużo, to zawsze mógł Kouenowi powiedzieć, że to był jego pomysł i to nie Alibaby wina, że to aż tyle wynosi. Nie żeby wydatek nawet dwustu czy trzystu złotych jakoś poważnie nadszarpnął budżet mężczyzny, ale Kouen potrafił być nieznośnie czepliwy jeżeli chodziło o marnowanie pieniędzy. A już zwłaszcza jego pieniędzy.
– To w takim razie kładę się spać – powiedział już weselszym tonem, ziewając i przeciągając się, jednak ku jego zaskoczeniu Kouen pokręcił głową, siadając na krześle obok niego i zaglądając do jego zbioru zadań.
– Do rana masz to liczyć – mruknął, mrużąc oczy. – I co w tym niby trudnego? To tylko rachunkowość.
Tylko rachunkowość. Alibaba zdążył poznać już tę nienawiść między Katedrą Rachunkowości a Katedrą Makroekonomii i Badań nad Rozwojem. Do tej drugiej właśnie należał Kouen, który nie tylko był jego kochankiem i sponsorem wszelkiego rodzaju zachcianek, ale przy okazji wykładowcą na uczelni. Za nic nie mógł pojąć, jak można było z taką pasją wykładać przedmiot tak nudny, jak na przykład historia gospodarcza. Albo lepiej, historia myśli ekonomicznej. Czy w ogóle ktoś go słuchał na tych zajęciach? No dobra, sam słuchał jakby go ktoś zaczarował, ale nie ze względu na walory zawarte w wykładzie czy z szacunku dla obszernej wiedzy doktora Rena. Co tu dużo mówić, poleciał na ten tyłek opięty zbyt ciasnymi jak na hetero faceta spodniami. I tylko trochę na złotego rolexa na nadgarstku mężczyzny.
– Ale ja tego kurestwa nie rozumiem! – mruknął rozdrażniony, opierając się głową o ramię Kouena.
– Nie przeklinaj – pouczył go tamten. – Zresztą, co tu jest do rozumienia – zakpił i Alibaba w myślach odliczył do dziesięciu, starając się nie wybuchnąć. Było już późno, był zmęczony i naprawdę zdenerwowanymi tymi zadaniami, a tu jeszcze Kouen sobie kpił.
– To jak ty to rozumiesz, to mi wytłumacz – parsknął, rzucając w niego ołówkiem. – Proszę bardzo, ucz mnie.
– Ja to już zdałem – poinformował go Kouen, krzywiąc się tylko trochę, gdy ołówek odbił się od jego ramienia. O dziwo nie skomentował, może był chory albo co?
– Dziesięć lat temu – dokończył za niego Alibaba i aż się zakrztusił śliną, widząc mordercze spojrzenie, jakie rzucił mu tamten. Zdążył zapomnieć, że Kouen zbliżał się pod trzydziestkę i miał z tego powodu straszliwe kompleksy. – Tylko dziesięć lat temu, to niedawno! – dodał pospiesznie. – Pewnie jeszcze to pamiętasz, więc może mi wytłumaczysz…?
 – Idę spać – mruknął Kouen, podnosząc się z krzesła, więc Alibaba postanowił chwycić się ostatniej deski ratunku, jaka mu pozostała:
– Sinbad na pewno by mi wytłumaczył!
I to zadziałało. Kouen usiadł z powrotem, rzucając mu spojrzenie pełne takiej złości, że pewnie gdyby Alibaba nie był tak zmęczony, to wystraszyłby się nie na żarty. A tak wystraszył się tylko trochę, gdy mężczyzna z warknięciem przyciągnął jego podręcznik do siebie.
– Dla ciebie profesor Sinbad, jeśli już – wysyczał i Alibaba pokiwał szybko głową, postanawiając od teraz zgadzać się z każdym jego zdaniem, choć w duchu miał ochotę odstawić dla siebie owacje na stojąco. – I czego tutaj, kurwa, nie rozumiesz?
– Nie przeklinaj – pouczył go nim zdążył się ugryźć w język, na co Kouen spiorunował go spojrzeniem. – Znaczy… no wszystkiego?
– Jakiego wszystkiego? – Kouen spojrzał w treść zadania. – Które słowo jest za trudne? Materiały? Towary? Czy przyjęto do magazynu?
– Odchylenia od cen ewidencyjnych – miauknął niepocieszony, że tamten z niego drwi.
Jego kochanek zmarszczył brwi, przyglądając się dłuższą chwilę podpunktowi, w którym owe ceny należało wyliczyć, po czym sięgnął po podręcznik. Zerknął szybko na spis treści, zaraz otwierając na właściwej stronie i Alibaba miał go z głowy na jakieś błogie dziesięć minut, w trakcie których mógł po prostu oprzeć się o niego wygodnie i sięgnąć po kubek z gorącą herbatą, grzejąc sobie nim dłonie.
– Masz do tego prezentację? – usłyszał po chwili i pokiwał sennie głową, tłumiąc ziewnięcie.
– Na pulpicie – mruknął, przymykając oczy, a Kouen sięgnął bez słowa po jego laptopa. Nawet nie wiedział, ile tak przesiedzieli, gdy Kouen czytał o tych przeklętych cenach ewidencyjnych, nim poczuł na czole dotyk jego nieco szorstkich ust.
– Kładź się spać – powiedział cicho, odgarniając mu włosy z twarzy, na co Alibaba pokiwał tylko nieprzytomnie głową, podnosząc się z krzesła. – Doczytam to i cię obudzę, to zrobimy razem te zadania.
Chyba jednak odchylenia od cen ewidencyjnych pokonały Kouena, bo gdy Alibaba otworzył znowu oczy, był już późny ranek, a jego termin poprawkowy rozpoczynał się za czterdzieści minut. Zerwał się jak oparzony z łóżka, rejestrując jeszcze tylko, że jego kochanek śpi z głową na jego laptopie. Na litość boską, przecież kark go będzie boleć jak nic. Nie mówiąc już o tym, że powinien poprowadzić wykład o ósmej rano. Szczęśliwi studenci, aż im zazdrościł, mieli wolne od słuchania o keynesistach.
Wpadł na poprawkę dosłownie w ostatniej chwili, z drżeniem rąk wyciągając z torby długopis i siadając gdzieś w pierwszym rzędzie. Szlag, w ostatnim jeszcze by coś ściągnął, a tak? Spojrzał nieszczęśliwie na arkusz i miał ochotę jęknąć, widząc zadanie z cenami ewidencyjnymi. No cholera jasna.


Alibaba naprawdę nie rozumiał, dlaczego Kouen zamiast się cieszyć, że zdał, to nie odzywał się do niego cały dzień, siedząc przy książce i ignorując go z zaciekłością godną podziwu. Miał tak paskudne sińce pod oczami, że aż mu go było trochę szkoda. Ale tylko trochę. Przecież on mu nie kazał siedzieć do rana nad swoimi prezentacjami i książkami do rachunkowości! To Kouen się uparł, że to pojmie, że najpierw sam się nauczy, a potem jego! Ale widocznie jego awersja to Katedry Rachunkowości miała tutaj znaczący wpływ, bo na wieść o dostatecznym Alibaby mężczyzna tylko zacisnął usta i słowem się nie odezwał.
Alibaba nigdy by mu nie powiedział, że w biegu jeszcze dzwonił do Sinbada, by ten wytłumaczył mu po drodze, jak rozwiązywać te przeklęte zadania i że tylko dlatego zdał. Nie powiedział mu tego, ale mimo wszystko Kouen i tak się dowiedział, gdy Sinbad nie omieszkał przedzwonić do niego później, by mu nawytykać, że nawet głupiej rachunkowości wyłożyć nie umie. I może właśnie dlatego, gdy wieczorem chciał iść spać, mężczyzna czekał na niego z pasem luźno przewieszonym w dłoni, uśmiechając się leniwie.
– Ale przecież zdałem, tak?! – jęknął już w progu, ani myśląc o podejściu do niego, chociaż doskonale zdawał sobie sprawę, że lanie i tak go nie ominie. – Kouen, do cholery!
– Nie przeklinaj – pouczył go po raz któryś, unosząc brew. – I dzisiaj nie „Kouen”, a „panie profesorze”.
Tylko jęknął na jego słowa. Nigdy nie mógł się nadziwić tym odchyleniom łóżkowym Kouena. Już chyba wolał te od cen ewidencyjnych.
Ale przynajmniej rachunkowość miał już za sobą.

sobota, 2 maja 2015

Zawsze, a najlepiej to nigdy; JuAli

Dla Kiri, na stresy przedmaturalne, jako że jestem tak gównianym pocieszycielem i nie umiem inaczej.
Uwaga, wali fluffem na kilometr *facepalm*


~*~


Czasami są takie dni, kiedy człowiek po prostu usycha, zakopany pod kołdrą, co jakiś czas zaglądając w puste opakowanie po czekoladzie, z nadzieją że może jednak coś zostało, jakaś ostatnia, zagubiona kosteczka w zagięciu folii.
Czasami są takie dni, że rzeczywiście, ta ostatnia kostka tam jest – wtedy można ją zjeść i świat od razu staje się piękniejszy, jakiś lepszy i pogodniejszy, pełen słońca i kolorów. A przynajmniej przez następne dziesięć minut.
Czasami są takie dni, że tej kostki tam nie ma, ale za to obok leży jeszcze jedna, nienapoczęta czekolada, która tylko czeka na otworzenie. I wtedy świat staje się piękniejszy przynajmniej na godzinę. Albo nawet i dwie, kiedy człowieka łapią mdłości od nadmiaru słodyczy i zjedzenie całej czekolady w sześćdziesiąt minut jest absolutnie niemożliwe.
Niestety, to nie był jeden z tych dni.
Alibaba zerknął niepocieszony do swojego opakowania po czekoladzie, z przykrością stwierdzając, że ani jeden kawałek się nie ostał, co więcej, nienapoczęta czekolada obok również była już przeżytkiem. To był jeden z tych dni, które raczej mógł wpisać w kategorię „jak zawsze”. Czy to możliwe, że aż tak się zapomniał i zjadł od razu dwie? A mimo to wciąż brakowało mu cukru, przydałaby się trzecia. Bo przecież to nie jego wina, że zdjęcia kotów w Internecie najlepiej oglądało się z orzechową Milką u boku.
Mimowolnie wzdrygnął się, słysząc dzwonek u drzwi i zerknął na zegarek. Kto o tej godzinie? Na listonosza trochę za późno. Jeżeli to znowu sąsiadka przyszła, mówiąc, że sama nie umie wkręcić żarówki, to się zirytuje. On też nie umiał i wcale nie chciał usłyszeć, że jest nieporadny, niemęski i z całą pewnością zginie marnie bez cudzej pomocy, bo w końcu jest facetem i powinien takie rzeczy wiedzieć. Wielkie mu halo, no doprawdy! Za to umiał zrobić świetne naleśniki i tego się trzymał.
Skrzywił się, gdy dzwonek umilkł na chwilę, by zaraz rozbrzmieć z całą mocą i dzwonić tak długo, aż nie zerwał się zirytowany z łóżka, nakładając kapcie i zmierzając do drzwi. Wiedział, doskonale wiedział, kto tak się lubił uwiesić na niczemu winnym pstryczku i robił to zawsze, za każdym pojedynczym razem, maltretując go tak długo, aż Alibaba nie otworzył. I wizja siedzenia z tym człowiekiem wcale nie cieszyła go tak bardzo.
- I czego tak dzwonisz? – warknął na dzień dobry, otwierając drzwi na oścież, a Judal spojrzał na niego z charakterystycznym dla niego znudzeniem, opierając się o framugę. Z czystej złośliwości zadzwonił jeszcze kilkukrotnie, uśmiechając się szeroko, najwyraźniej bardzo z siebie dumny, by zaraz… wręczyć mu bukiet kwiatów.
- Siema – przywitał się pogodnie, najwyraźniej niezwykle zadowolony.
- Co to jest? – zdziwił się Alibaba, spoglądając na żółte żonkile, które bezpardonowo zostały mu wręczone, a raczej wciśnięte w ramiona.
- Bierz te chwasty i mnie nie wkurwiaj – Judal uniósł brwi w wyrazie dezaprobaty, patrząc na niego tym spojrzeniem, które jasno oznajmiało, że jest szczerze rozczarowany niskością intelektu swojego rozmówcy. – W promocji były, to ci wzięłem.
- Wziąłem – poprawił go odruchowo, ale Judal tylko machnął ręką, przepychając się obok niego w drzwiach, jak gdyby był u siebie. Jak zawsze zresztą.
- Jakiś dzień matki czy ki chuj. Nie mam matki, więc dla ciebie – głos Judala brzmiał na taki absolutnie niezainteresowany, gdy ściągał bluzę, rzucając ją na szafkę na buty, a Alibaba już z czystego odruchu rozwiesił ją na wieszaku. Za każdym razem Judal tak robił i za każdym razem musiał po nim sprzątać. – Gdzie herbata? – spojrzał na chłopaka wyczekująco, zniecierpliwiony tupiąc obutą nogą po jego świeżo umytej podłodze w przedpokoju.
- Już robię – Alibaba westchnął tylko przeciągle, biorąc kwiaty i niosąc je do kuchni, gdzie wstawił je do szklanego wazonu na stole. Mimo wszystko musiał przyznać, że zrobiło mu się miło. Judal zasłużył dzisiaj na herbatę i nie, tym razem nie da mu tej paskudnej, świątecznej, którą zazwyczaj częstował go wtedy, gdy ten wpadał niezapowiedziany. Czyli praktycznie zawsze. Robił to z czystej premedytacji, doskonale świadomy faktu, jak bardzo Judal nienawidzi cynamonu oraz wszelakich przypraw korzennych, ale dzisiaj z łaskawością może go poczęstować brzoskwiniową.
Alibaba sam nie mógł się sobie nadziwić, że zawsze mu na to pozwalał. Pozwalał, by ten właził z buciorami nie tylko do jego pokoju, na nieco przykurzony, ale jednak w miarę czysty dywan, ale również do swojego życia. Że cokolwiek by się nie działo, czegokolwiek by nie robił, to Judal zawsze gdzieś tam był. Zawsze marudny, pretensjonalny, uśmiechnięty złośliwie, przeklinający i palący fajkę za fajką przy kuchennym stole i zamkniętym oknie, czekający na to, aż Alibaba je otworzy, bo w końcu kuchnia siwa od dymu była naturalnym stanem rzeczy i w sumie on nie widzi problemu, a skoro Alibaba widzi, to sobie je, Saluja, otwórz, a przy okazji podaj mi herbatę, ale wcześniej weź ją posłodź i nie żałuj cukru, bo już widać, że ci go szkoda, a i kubek umyj, bo jakiś taki brudny, weź lepiej zrób jeszcze jedną. Zawsze, zawsze, zawsze.
I niezadowolony, bo niezadowolony, ale Alibaba robił kolejną herbatę, przy okazji przynosząc laptopa, którym Judal zawsze rządził się jak swoim. Palenie w pokoju było absolutnie niedopuszczalne, dlatego zazwyczaj siedzieli w kuchni na drewnianej ławie, a ten przymuszał go do oglądania jakichś durnych seriali, które nie były ani śmieszne, ani ciekawe, ale oglądali je razem tak długo, aż Judal nie zaczął ziewać, mówiąc, że nuda jak flaki z olejem i doprawdy Saluja, mogłeś wybrać coś ciekawszego. I  nie potrafił wyjaśnić, jak to się kończyło, że Judal w takich momentach znajdował w jego szafce czy też lodówce jakiś kolorowy alkohol, który wchodził tak dobrze, jakaś magia czy co?
- Wiesz, Saluja – mawiał zawsze Judal po czwartym kieliszku tego czegoś, czego Alibaba nie był w stanie zidentyfikować, a Judal był zbyt pijany, by pamiętać co tam nalał. – Bo ty to nawet niezła dupka jesteś.
Nie żeby nie słyszał tego dziesiątki razy, bo pijany Judal zawsze mówił takie rzeczy i to zawsze kończyło się tak samo, gdy próbował go odlepić od swoich pleców, szyi, ramion, czegokolwiek, do czego był w stanie przyssać się tamten, mamrocząc, że jedwab, nie skóra i już on by go garbował. Alibaba w żadnym wypadku nie chciał być garbowany, a już na pewno nie przez Judala, więc grzecznie odklejał go od siebie, obiecując sobie w duchu, że na wszelki wypadek powinien nosić golf i dwa polary do tego.
Ale to zawsze kończyło się tak samo, gdy rano kac nie dawał mu żyć, a on był cały zmarznięty, bo Judal zwyczajowo zabrał całą kołdrę, owijając się nią jak kokonem i chrapiąc w najlepsze. Po pierwszych trzech razach nawet przestał czuć zażenowanie na widok tego, że znowu byli nadzy albo raczej półnadzy, bo Judal dość często zapomniał się rozebrać do końca, a skarpetki przynajmniej mu stopy grzały. Co prawda moralnego kaca, że przespał się z kumplem, a raczej że znowu to zrobił, pozbył się dopiero gdzieś przy piątym i szóstym razie, ale i tak za każdym razem się zastanawiał, co tak właściwie ich łączyło.
Nie byli przyjaciółmi, choć pewnie byłoby inaczej, gdyby Judal tak uparcie nie powtarzał, że on się nie przyjaźni. Można by ich nazwać kumplami, ale kumple ze sobą nie sypiają. No dobra, może niektórzy tak, każdemu może się zdarzyć, ale im się zdarzało praktycznie z każdą wizytą. Tym bardziej nie byli parą, choć raz w przypływie odwagi zapytał o to Judala, na co ten oświadczył wyniośle, że absolutnie mu na nim nie zależy i jak Alibaba umrze, to będzie dłubać słonecznik na jego pogrzebie, a łupy wrzuci mu do trumny. Cokolwiek miało to znaczyć, po prostu przyjął do wiadomości, że Judal raczej nie wejdzie z nim w żadną głębszą relację, jakakolwiek by ona nie była.
Ale to w sumie dobrze. Przyzwyczaił się do tej ich codzienności, gdzie Judal po prostu był dla niego, nieważne kim, ale był. Prawda, że usługiwanie mu na każdym kroku bywało męczące, zwłaszcza gdy Judal miał kaca albo gorzej, rzygał nad ranem do miski, każąc sobie trzymać włosy, tak jak było tym razem.
- To twoja wina – wysapał pomiędzy torsjami. – Już więcej ci loda nie zrobię.
Alibaba tylko poklepał go współczująco po plecach, w milczeniu przyjmując fakt, że tamten jak zwykle próbował zwalić całą winę na niego.
Jak wiele „zawsze” czy „jak zwykle” mieli? Jak wiele elementów wpisywało się w ich codzienność? Nie wiedział, tym bardziej nie wiedział, dlaczego zawsze czuł jakiś dziwny ucisk  brzuchu za każdym razem, gdy uświadamiał sobie o ich kolejnym rytuale czy zwyczaju. Co prawda teraz nie był pewien, czy to może nie mdłości chwytały go tak za żołądek, ale czuł to dziwne, niewygodne coś zalegające mu gdzieś na wątrobie za każdym razem, ilekroć spojrzał w te znudzone na co dzień oczy.
- Gdzie tak właściwie leży wątroba? – odezwał się, poprawiając uchwyt na jego włosach, zbierając czarne kosmyki, które wysunęły się z grubego warkocza.
- Nie wiem, moja już chyba dawno wysiadła – jęknął tamten, zanosząc się kaszlem.
Widział go już w tylu różnych sytuacjach, że nawet nie czuł zdziwienia czy obrzydzenia, gdy ten po prostu wymiotował przy nim, uwalony w zapoconej pościeli, którą potem będzie musiał przeprać. Nie szkodzi, Judal zawsze tak robił, a Alibaba zawsze po nim sprzątał. Ile jeszcze tych „zawsze” mieli? Czuł, że jemu też za niedługo wątroba wysiądzie, jeżeli nie przestanie go tam tak uwierać za każdym razem, gdy siedział z Judalem i gdy zastanawiał się nad takimi rzeczami. A może to wcale nie była wątroba?
Nieważne, myślał potem, robiąc im obiad, gdy tamten siedział owinięty kocem w jego kuchni, wypijając kolejny kubek herbaty i mamrocząc pod nosem, że zaraz umrze. Zawsze tak mówił i zawsze z tym przesadzał, więc Alibaba nie przejmował się tym za bardzo, zmniejszając gaz na kuchence. To był w zasadzie dzień jak co dzień, więc i tym razem Judal narzekał na jedzenie, że za mało słone i jakby on gotował, to byłoby wyśmienicie, wyśmienicie, łapiesz to, Saluja? Więc tylko wzdychał w odpowiedzi, zajęty swoją porcją, co jakiś czas jednak popatrując na kwiaty stojące w wazonie, niekoniecznie zdając sobie sprawę z tego, że uśmiecha się jak idiota, dopóki nie poinformował go o tym Judal.
I sam nie wiedział, jakie odczucia wywołało w nim pierwsze „nigdy”, gdy Judal powinien tak jak zawsze pożegnać się późnym popołudniem, mówiąc, że idzie doumierać w domu, a ty, Saluja, dojadaj ten swój paskudny obiad albo lepiej, wywal go przez okno. A tego nie zrobił. Judal nigdy nie zostawał na dłużej, nigdy nie siedział aż do wieczora, zakopany w tę nieszczęsną, niezmienioną pościel, powarkując na niego od czasu do czasu i każąc zrobić sobie herbatę.
- Saluja – odezwał się mrukliwie jakiś czas później, gdy za oknem zrobiło się już naprawdę ciemno, a Alibaba nie miał jednak serca wywalać go z domu. – W mojej torbie jest czekolada. Otwieraj ją i chodź tutaj, znalazłem fajne koty na necie.
Nie było tak źle, uznał, gdy czekolada co prawda nie była z całymi orzechami, a z bakaliami, bo akurat taka była w promocji w sklepie na rogu. I nie szkodzi, że znał już przynajmniej połowę z tych filmików, które pokazywał mu Judal. To ich pierwsze „nigdy” było całkiem w porządku, przyznał z jakimś dziwnym zmieszaniem, spoglądając na polegującego obok chłopaka.
A nie, jednak nie.
Pierwsze „nigdy” było całkiem zwyczajne i banalne, uznał, gdy tamten również na niego spojrzał i po prostu pochylił się w jego stronę, łapiąc jego usta w pocałunku. Nigdy nie całowali się na trzeźwo, nigdy nie był w pełni świadomy jego zapachu, smaku jego języka czy dotyku dłoni, które nie wykazywały się cierpliwością, gdy po prostu objęły go mocno, zaborczo, wciskając go w jego własny materac z taką siłą i stanowczością, że niemal brakło mu tchu.
I nie, żeby jakoś szczególnie narzekał na ich „zawsze”, uznał jakąś godzinę później, leżąc przy nim z uśmiechem, odgarniając mu z twarzy te czarne włosy, które namiętnie właziły mu do oczu. Nie żeby narzekał, ale jednak „nigdy” było dużo, dużo lepsze.

niedziela, 8 marca 2015

Do Żabki jeden skok; część 1 z ?; SinJu

Dość stare, bo jeszcze z grudnia, pisane za czasów mojej pracy w Żabce. Początkowo miało trafiać tylko na skrzynkę pocztową Kiri, ale zdecydowałam się poszerzyć grono odbiorców. Za korektę, zachętę do dalszego pisania i otuchę bardzo dziękuję Hibari, która namówiła mnie, by to skończyć.
Dlatego praca dedykowana tym dobrym dziołchom jak i również wszystkim shipperkom SinJu – wszystkiego dobrego w Dniu Kobiet!


~~


Rozdział I
Wszystkie parówki są zimne


To nie była praca marzeń i Judal nigdy, przenigdy by jej tak nie nazwał. Nie była też jednak pracą z dolnych pięter piekieł – przynajmniej na początku tak uważał. I choć w gruncie rzeczy nigdy wcześniej nie miał styczności z urządzeniem, jakim jest kasa fiskalna, to dość szybko opanował jej podstawy – o ile klient nie chciał zapłacić za rachunek, bo wtedy musiał naprędce zmyślić jakąś historię o tym, że na sklepie zajmuje się tym kierownik i w tej chwili akurat go nie ma, będzie jutro, proszę przyjść z samego rana.
Mimo wszystko Judal jednak nie lubił ludzi. Dlatego istnym zbawieniem stały się dla niego zmiany z Cassimem – jako że chłopak ciągle palił, nie był dopuszczony do prac na magazynie, ponieważ co chwila robił sobie przerwę na papierosa, a gdy dochodziła godzina 23, nic nie było skończone. Tak więc Krystyna, która była szefową sklepu, kazała Judalowi chodzić na magazyn, który bardziej przypominał ciasną klitkę czy pomieszczenie piwniczne, gdzie musiał się uporać z kilkunastokilogramowymi zgrzewkami, z braku miejsca układanymi jedna na drugą. Jednak zdecydowanie bardziej wolał przerzucanie tych nieszczęsnych zgrzewek i układanie towaru na półkach, niż spieranie się z durnymi klientami, którzy nawet nie byli w stanie przeczytać ceny i nie rozumieli, że rabat „Kup 5 za 4 zł” jest nabijany tylko wtedy, gdy rzeczywiście kupi się pięć sztuk produktu.
Jednak były takie momenty, kiedy musiał wspomóc Cassima za kasą – niedaleko ich sklepu znajdował się wysoki biurowiec, a jako że w pobliżu nie było żadnego innego spożywczego, ludzie licznie schodzili się z przerwy właśnie do nich. Wtedy właśnie Judal musiał przybierać na twarzy uśmiech, który bardziej przypominał szczękościsk – niektórzy z tych ludzi jedli hot doga na każdej przerwie, na dodatek jeszcze przed pracą i po pracy. Nie miał pojęcia, jak można przeżyć na czymś takim na dłuższą metę i się nie pochorować – jego samego brzuch bolał już na sam widok ociekających tłuszczem kabanosów kręcących się koło kasy. Hot dogi jednak miały wzięcie (ku jego zgrozie, te z kabanosem najbardziej), w ciągu takiej przerwy mogli sprzedać cały zapas ciepłych – zagrzanie tych świeżo wyjętych z lodówki zajmowało jakieś czterdzieści minut. Tłumaczenie wtedy klientom, czemu nie ma hot dogów, było czasem ponad jego siły – pojawiały się wypowiedzi w stylu „A to nie możesz ich zagrzać w mikrofali?” albo „To sprzedaj mi zimne”. Nie był w stanie zliczyć, ile już razy musiał odmawiać takim głąbom, którzy często nie, nie mogli pojąć tak prostej sprawy, jak wybór sosów. Ketchup, musztarda, duński, tysiąca wysp – i tak poproszą amerykański, którego nawet nie ma w sprzedaży.
– Są hot dogi? – usłyszał kolejne irytujące pytanie i aż zacisnął zęby, by się uspokoić. Nie było, do kurwy nędzy. I wyboru w sosach też nie było. Był tylko ketchup i musztarda. I nic więcej. Tylko to. Ale w tej chwili nie mógł ich sprzedać, nie miały jeszcze odpowiedniej temperatury, a wszystkie ciepłe dopiero co zeszły.
– Nie ma. Wszystkie parówki są zimne – wycedził najgrzeczniej, jak tylko potrafił i podniósł wzrok znad pliku potwierdzeń zapłaty kartą, które właśnie spinał zszywaczem.
To była chwila. Dosłownie ułamek sekundy, gdy jego ciało przeszył dreszcz. Spoglądał w złote oczy młodego mężczyzny stojącego przed nim, który bardziej był zainteresowany swoją koleżanką przyczepioną do jego ramienia, niż samym Judalem, mimo to chłopak nie mógł oderwać od niego wzroku. Spojrzał na koszulkę opinającą szeroką klatkę piersiową – w fioletową-białą kratkę, znak rozpoznawczy pracowników Playa.
I nie padły te debilne pytania, za ile będą hot dogi, czy nie może ich podgrzać, czy nie może sprzedać zimnych. One nie padły, za to padł przed nim batonik i puszka coli, a nieznajomy pomachał kartą na znak, że chce zapłacić w ten sposób.
– Z-zbliżeniowo czy na PIN? – Judal sam nie rozumiał swojego o ton wyższego, niż normalnie, głosu oraz tego, że gardło ścisnęło mu się do tego stopnia, że ciężko mu się było nie jąkać. Przełknął ze zdenerwowaniem ślinę.
– Zbliżeniowo – padła odpowiedź. Odruchowo powiódł wzrokiem za kartą, nieznacznie tylko przechylając głowę. Sinbad. Więc tak miał na imię. Był wdzięczny losowi, że tamten płacił kartą, a nie gotówką, bo tak przynajmniej mógł poznać jego imię bez wzbudzania podejrzeń. I nie miał naprawdę sił ani chęci zastanawiać się, dlaczego tak właściwie jest wdzięczny i czemu imię tamtego tak wiele dla niego znaczy.
Spojrzał na niego jeszcze raz i na tę krótką chwilę ich wzrok się zetknął. Judal nie pamiętał chyba za dobrze, jak się oddycha, w każdym razie nie sądził, by wtedy był zdolny do jakiegokolwiek ruchu.
Sinbad się uśmiechnął.
– Mam nadzieję, że o 17 uszczęśliwisz mnie ciepłymi parówkami – rzucił tylko na pożegnanie, zanim obrócił się na pięcie i wyszedł ze sklepu, obejmując ramieniem szczupłą dziewczynę wijącą się u jego boku.
Za to Judalowi tak drżały ręce, że bez słowa zszedł z kasy i uciekł z powrotem na magazyn, nie patrząc na to, że wciąż mógłby obsłużyć kilka osób z kolejki. Wziął kilka głębokich wdechów, przełknął ślinę i poszedł do ich aneksu kuchennego, by zaparzyć sobie kawę, choć serce i tak waliło mu jak oszalałe. Być może jednak kawa z mlekiem i ciastko załatwią sprawę.
Nie załatwiły, aż prawie jęknął na głos, gdy spojrzał na swoje odbicie w lustrze, tak beznadziejnie czerwone, z roziskrzonym spojrzeniem. Ponownie postarał się uspokoić, aż w końcu uśmiechnął się do siebie, jakby dopuszczając do siebie myśl, która od paru minut wręcz boleśnie obijała mu się o ścianki mózgu.
Może to wcale nie było takie złe, zakochać się?
Ale nie, było gorzej niż przypuszczał. Spoglądał co chwila na zegarek w telefonie, rozrywając wręcz wściekłym ruchem kolejne zgrzewki z wodą. Nie było szans, to był facet, sam był facetem, w dodatku widział tę przyklejoną do niego laskę. W Playu było ich pełno, każda smukła i atrakcyjna. A w dodatku co to za scena rodem z taniego romansu wraz z miłością od pierwszego wejrzenia? Choć nie był pewien, czy istnieją romanse aż tak tanie i tandetne, w których kasjer zakochuje się w kliencie już przy pierwszym spotkaniu i z niecierpliwością wyczekuje zagrzanych parówek.
Skłamałby jednak, gdyby powiedział, że nie denerwował się, gdy krótsza wskazówka zegara dochodziła do piątki. Przejrzał się wpierw w lustrze, upewniając się, że warkocz jest dobrze spleciony i nie wystają z niego żadne niesforne, pojedyncze kosmyczki, po czym na miękkich nogach wszedł za kasę, zerkając raz po raz w stronę drzwi.
Ale Sinbad nie przyszedł. Ani o obiecanej siedemnastej, ani w ciągu następnej godziny, ani w ogóle w przeciągu tego dnia. Ciężko mu się było do tego przyznać, nawet przed samym sobą, ale Judal czuł się po prostu rozczarowany. Wypchnął zdezorientowanego Cassima na magazyn, tłumacząc się bólem kręgosłupa i niemożnością dalszego dźwigania, po czym sam smętnie przysiadł za kasą. Poczuł się jak idiota, że tak wyczekiwał tej chwili, w końcu na litość boską, to był tylko hot dog. Codziennie robił ich kilkanaście, czasem nawet kilkadziesiąt, czemu więc aż tak mu zależało, by grzać parówkę dla tego konkretnego faceta? No i właśnie, faceta! Judal sam nie mógł w to uwierzyć ani tym bardziej siebie zrozumieć.
To był pierwszy raz, kiedy pił w pracy – godzinę przed końcem zmiany Cassim bez słowa podszedł do niego, wciskając mu w rękę setkę wódki. Gdy spojrzał na niego pytająco, ten po prostu wzruszył ramionami, samemu odkręcając swoją.
– Wyglądasz jak zbity pies, zrób coś ze sobą – powiedział krótko, a Judal postanowił wziąć sobie tę radę do serca, gdy zdrowo pociągnął z malutkiej buteleczki. Co tam, w końcu raz się żyje, a czego kamera nie uchwyci, to Krystyny nie zaboli, uznał, gdy w o wiele lepszym nastroju kasował ostatnich już tego dnia klientów.
Cassim okazał się być niezłym kompanem do picia – Judal dawno się tak dobrze i beztrosko nie bawił. Sam jednak nie był pewien, parę kolejek później, który z nich pierwszy podsunął filozoficzne rozmowy o życiu i śmierci – standardowa część pijackich pogadanek.
– Życie jest jak roztwór, mieszanina kationów i anionów, plusy i minusy – prawił mądrze Judal jakieś dwie godziny później, kiwając palcem na swojego kolegę z pracy. – Zapamiętaj to sobie, gdzieś tam muszą być te plusy, te kationy!
– A gdzie są te twoje kationy? – Cassim czknął, patrząc na niego zmrużonymi oczami.
– Bo to się tego, musi najpierw rozbić. Zdysocjować – powiedział Judal poważnym tonem, znowu kiwając palcem, jak gdyby mu groził. – I wtedy one tam są, rozumiesz. Te kationy – Cassim nigdy w życiu nie byłby w stanie tego pojąć, ale słuchał go uważnie, kiwając głową, jak gdyby była to prawda najświętsza i właśnie objawiona. Mimo to Judal i tak machnął na niego ręką i krótko go zbeształ. – Słuchaj mnie, kurwa. I moje życie też. Musi się rozbić na jony. Najpierw muszę się zeszmacić. I wtedy będą plusy. – Po tych słowach Judal sięgnął dna kolejnego kieliszka z wódką, zadowolony z rozwiązania, do jakiego doszedł i o którym był stuprocentowo pewien, że pomoże mu z jego problemem miłosnym. – Tak jak matma jest matką wszystkich nauk, tak chemia to matka... – urwał, jakby szukając odpowiedniego słowa. – Matka... – podjął kolejną próbę, a Cassim wpatrywał się w niego, spijając każde słowo z jego ust jak wcześniej wódkę z kieliszka. – Chemia to moja, kurwa, matka.
– Moja była prostytutką – powiedział Cassim z wyraźną zazdrością, po czym czknął i z zadowoleniem opadł na stół. Judal nie wahał się zbytnio, również dał się ponieść drewnianemu blatu.


Poranek nie był dobry. Właściwie ciężko było mówić o poranku – obudził się w południe i to tylko dlatego, że sąsiad za ścianą zaczął szaleć z wiertarką. W sumie dobrze, przynajmniej nie zaspał na popołudniową zmianę.
Nie pamiętał zbyt wiele z poprzedniego wieczoru, a głowa pękała mu z bólu. Mimo to udało mu się zwlec z łóżka i pójść do łazienki pod prysznic. Nie wiedział, ile tak stał pod strumieniami ciepłej wody, próbując zebrać myśli i przypomnieć sobie, co się tak właściwie wydarzyło. Pamięć urwała mu się jeszcze w pubie, a potem... potem obudził się w swoim łóżku, więc chyba nie był skończonym idiotą, który zasnąłby w rowie. Nawet jeśli w drodze z pracy do domu żadnych rowów nie było.
Jednak gdy spojrzał w lustro, sięgając po ręcznik, na chwilę odebrało mu mowę. Wpatrywał się w swoje odbicie, mrugając kilkukrotnie, aż w końcu drżącymi palcami dotknął skóry na swoim biodrze. Przesunął po niej opuszkami, po chwili intensywnie potarł. Miejsce było czerwone i lekko zapuchnięte, czego powodem był niewielki tatuaż idący wzdłuż kości.
Wzór saletry amonowej.
Ze wszystkich możliwych wzorów na tym świecie wybrał akurat wzór chemiczny saletry amonowej.
Bardzo żałował, że nie ma numeru telefonu do Cassima, ale nie szkodzi, zapyta go o to za dwie godziny. Wziął głęboki wdech i naciągnął na siebie koszulkę, mimo wszystko obciągając ją niżej, by zakryć dziwaczny tatuaż. Jeżeli ktokolwiek kiedykolwiek go zobaczy, to będzie skończony, już na zawsze przylgnie do niego plakietka zdziwaczałego chemika.
Ale Cassim nie wiedział. Co więcej, nie wyglądał, jakby był w stanie cokolwiek sobie przypomnieć, gdy drzemał z tyłu na zapleczu, wtulony w wygodny fotel Krystyny, raz po raz wychodząc do łazienki się wyrzygać. Sam Judal nie czuł się wiele lepiej, a zapach hot dogów przyprawiał go o odruch wymiotny. Nie był w stanie nic zjeść, podchodziła mu jedynie woda i papierosy. Chociaż nawet one nie smakowały jak zawsze – czuł się trochę tak, jak gdyby palił zatęchłe liście.
Wpatrywał się ponuro w budynek obok, gdy siedział na schodach przed sklepem. Gdyby nie papieros, to z pewnością by zasnął, bo nawet kawa budziła wstręt. Znajdował więc odrobinę zrozumienia dla Cassima, który przerwę na papierosa mógł sobie robić co piętnaście minut, wymigując się tym samym od pracy na magazynie. Choć dzisiaj cały jego pobyt na sklepie był jedną wielką przerwą.
– Ciężki dzień? – usłyszał nad sobą i aż kaszlnął, gdy zadławił się dymem.
To nie powinno tak być. Judal nie powinien wyglądać jak wyjęty psu z gardła, nie powinien mieć worów pod oczami, nie powinien siedzieć w rozmemłanej koszulce zaplamionej sosami, nie powinien tak paskudnie kaszleć i śmierdzieć przetrawionym alkoholem. Nie tak sobie wyobrażał ponowne spotkanie z Sinbadem, zwłaszcza gdy zlustrował przyczepioną do niego dziewczynę. Inną niż wczoraj, co niemile go zaskoczyło.
– Można tak powiedzieć – wydusił w końcu, ponownie zaciągając się papierosem, by dodać sobie odwagi. Tak jakby to miało w czymkolwiek pomóc.
– Dobrze wiedzieć, że nie tylko ja tak imprezuję. – Mężczyzna mrugnął do niego rozbawiony, stając na najniższym stopniu do sklepu. – Możemy kiedyś napić razem, większa gwarancja, że trafię do domu.
Tego Judal nie był taki pewien, wiedział jednak, że gdyby miał okazję wyjść z nim gdzieś i spić go, to na pewno by go nie puścił do domu. A przynajmniej nie do swojego.


Kiedy w następnych dniach obserwował dziewczyny przyklejone do ramienia Sinbada, te wszystkie głupie laski mrugające do niego czy chichoczące za jego plecami, trafiał go szlag. Był poirytowany, ale jednocześnie ustanowił sobie cel – sprawi, że Sinbad będzie jego. Jeszcze nie wiedział, jak to zrobi, ale wiedział, że na pewno.
Sytuacja nadarzyła się jakieś dwa tygodnie później, na popołudniowej zmianie – widział go, jak kupuje piwo ze znajomymi. Było już po 21, więc jeżeli on skończy robotę za dwie godziny, to może jeszcze będzie szansa, że towarzystwo się nie rozejdzie. Zresztą co tam towarzystwo – Judal potrzebował tylko jednej osoby, potrzebował Sinbada, o czym niechętnie zaczął sobie uświadamiać w ostatnich dniach. Nigdy mu na nikim nie zależało, nigdy nie miał takiego problemu jak teraz. Była wprawdzie jedna dziewczyna, która mu się podobała, ale na litość boską, to było w podstawówce. Odległe czasy, kiedy był jeszcze głupi i naiwny, a do tego nieświadomy swojej orientacji. A teraz... teraz było inaczej, był tego pewien.
– Pijecie dzisiaj? – zapytał niby od niechcenia, kasując butelki. Fortuna śliwkowa, to pasowało do Sinbada. Nawet jeśli tylko kolor był sugestywny, to i tak.
– Wpadnij do nas po pracy – usłyszał w odpowiedzi te słowa, które właśnie chciał usłyszeć. Uśmiechnął się kącikiem ust, zadowolony ze swojego małego zwycięstwa. – Pewnie będziemy w Agawie.
I byli. A raczej był. Judal nie wyobrażał sobie bardziej dogodnej sytuacji, kiedy reszta ludzi się zmyła, a Sinbad siedział sam przy stole z kuflem piwa w ręku. To wydawało się niczym spełnienie marzeń, niczym jakiś rajski sen. Ale musiał przyznać, że zaskoczyło go to, że nawet kiedy jego kumple się zmyli, to mężczyzna siedział sam i czekał na niego. Nie spodziewał się tego, ale musiał przyznać, że serce zabiło mu mocniej na ten widok.
Podszedł do niego powoli i usiadł przy stole, nie spuszczając z niego wzroku. Ten od razu na niego spojrzał i uśmiechnął się szeroko. Nie był jeszcze kompletnie pijany, ale Judal określiłby jego stan mianem „porządnie wstawiony”. Może dlatego też dobrym pomysłem było zamówienie sobie piwa. Albo najlepiej od razu dwóch.
Musiał przyznać, że Sinbad był radosnym towarzyszem. Z poczuciem humoru. Zabawnym, ale jednocześnie trzymającym poziom – zaczął rozumieć, z jakiego powodu te wszystkie dziewczyny tak do niego lgnęły. Sam zresztą nie był lepszy, pomyślał z pewną zgryzotą, sącząc piwo, gdy Sinbad opowiadał o swojej pracy. O ile z początku czuł się nieco niezręcznie, tak teraz dużo łatwiej było im rozmawiać – Judal opowiadał o swojej pracy, o studiach, o mieszkaniu na stancji... Sam też chętnie słuchał opowieści Sinbada. Początkowo myślał, że jest zwykłym pracownikiem call center, dlatego też sporym zaskoczeniem okazał się dla niego fakt, że pełni tam funkcję kierowniczą, a dzwoni po ludziach z czystej przyjemności. Sam fakt, że praca w tym miejscu może okazać się przyjemnością niezmiernie Judala zadziwiał, zwłaszcza że już kiedyś raz pracował na telefonie i obiecał sobie, że nigdy więcej.
Nim się obejrzał, było już po drugiej, więc czas było się powoli zbierać, chociaż wcale nie był do tego szczególnie chętny. Sinbad też wydawał się zbyt zadowolony z ich spotkania, co Judalowi schlebiało. Miał mu tyle do powiedzenia, bo tak na dobrą sprawę, to nie wiedział o nim nic – ile miał lat, gdzie mieszkał, co lubił w życiu robić, ani... ani czy miał już kogoś. Właściwie ktoś taki jak on mógłby kogoś mieć, w końcu cały czas otaczał się kobietami, na pewno z którąś z nich się związał...
A potem zadziwił sam siebie, po prostu łapiąc tamtego za przód kurtki, przerywając mu wpół zdania, gdy odcisnął na jego wargach mocny, choć nieco szorstki pocałunek. Nie trwał on długo, gdy zaraz odsunął się jak oparzony, mrugając raz po raz. Sinbad wydawał się być równie zszokowany – zakrył usta dłonią, wpatrując się w niego szeroko otwartymi oczami, by w końcu...
Roześmiać się.
Judal nie wiedział, co powinien ze sobą zrobić, gdy nagle poczuł, jak gorąco wpływa mu na policzki. Idiota, czuł się jak skończony idiota. Co on sobie myślał, całując go tak nagle, tak przy ludziach, pośrodku pubu! Sinbad po prostu go wyśmiał, śmiał mu się teraz w twarz, sprawiając, że Judal miał ochotę po prostu rzucić mu czymś w tę roześmianą gębę.
Bez namysłu chwycił kufel z piwem, chlustając mu nim w twarz, by zaraz zerwać się po kurtkę i wychodząc bez słowa z baru. Był wściekły, wściekły i upokorzony, najgorsza możliwa mieszanka. I w gruncie rzeczy nie wiedział, czy bardziej wściekły jest na siebie, że go tak po prostu pocałował, czy też na Sinbada, że go bezkarnie wyśmiał. O nie, nie, nie bezkarnie, już Judal dopilnuje, by po następnym hot dogu tamten umierał w męczarniach. I nawet jeżeli trafi za to do więzienia, to nic go to nie obchodziło – naleje do podpiekanej bułki tyle płynu do mycia naczyń, ile będzie trzeba, zrobi posypkę z kreta znajdującego się pod zlewem i dopilnuje, by Sinbad już nigdy nie miał okazji choćby się uśmiechnąć.
Tak, to był dzień, kiedy zdecydowanie znienawidził Sinbada. 

środa, 4 marca 2015

Składzik; marzec 3/31; EnAli



Dla Hibu i Kiri, bo EnAli to nasz styl życia. 
Nie sprawdzałam, nie poprawiałam, wstydzę się.
*zasłania łapami oczęta* 


~~


Alibaba nigdy, przenigdy nie zrozumie, dlaczego Kouen zawsze wybierał takie miejsca. Ani tym bardziej nie pojmie, dlaczego za każdym razem się na to zgadzał.
Zacisnął dłonie na spękanej muszli klozetowej, wcale nie mając ochoty się zastanawiać, co ona tutaj robiła. Gruba warstwa kurzu uświadomiła go, że pozostawała tutaj już raczej zapomniana i niechciana, czemu się zresztą wcale nie dziwił, bo cały składzik wyglądał na opuszczony.
A potem zamknął oczy, czując gorące usta na karku, które rozpoczynały leniwą wędrówkę po jego szyi, podobnie jak ręce przesuwające się po jego klatce piersiowej. W pierwszym odruchu chciał zaprotestować, chciał się podnieść, mówiąc Kouenowi, że to zły pomysł, że w tak paskudnym miejscu jeszcze tego nie robili, ale mężczyzna chwycił jego ręce jedną dłonią, trzymając go w miejscu, drugą zaczynając rozpinać jego spodnie. Wydał więc tylko cichy pomruk dezaprobaty, wiedząc, że i tak nie ma się co szarpać, bo pozorowany gwałt tylko Kouena nakręcał.
Jednak poruszył się niespokojnie, czując ucisk na nadgarstkach. Nie był to pierwszy raz, kiedy Kouen krępował mu ręce, mimo wszystko zawsze czuł się nieswojo. Był wtedy taki... absolutnie bezbronny, zdany na łaskę czy też niełaskę mężczyzny i tak, najczęściej była to niełaska.
Cichy jęk wydarł mu się z ust, gdy poczuł te niecierpliwe ręce najpierw na udach, a potem między nimi. Przylgnął plecami do jego ciała, odchylając nieco głowę, którą oparł na jego ramieniu, natychmiast nagrodzony licznymi pocałunkami i ugryzieniami na całej długości szyi.
- Kouen - wyszeptał, zaciskając powieki i dysząc ciężko. Doprowadzić go do takiego stanu ledwie w parę chwil, żenujące. - Po prostu go wsadź. Weź mnie.
Mężczyzna zamarł na krótki moment, ledwie na sekundę czy dwie, gdy zaraz zacisnął palce jednej ręki na jego biodrze, przysuwając go bliżej siebie. Drgnął, czując, jak jego paznokcie wbijają mu się w nadgarstki, by zaraz wydać z siebie cichy krzyk, czując, jak na niego napiera. Całe szczęście, że jeszcze zdążył pomyśleć i użył nawilżenia, bo inaczej na pewno nie mógłby chodzić przez następny tydzień. Już sam fakt robienia tego bez przygotowania był wystarczająco bolesny, ale to nie szkodzi. W zasadzie to Alibaba nawet polubił tego typu stosunki, jakkolwiek upokarzające by one nie były.
Rozmyślenia przerwał mu Kouen, wsuwając się w niego powoli, ale do końca, wyrywając z niego kolejny krzyk, zaraz stłumiony silną, nieco szorstką dłonią. Zacisnął zęby na jego palcach, gdy łzy pociekły mu po twarzy, a z gardła wydobył się ledwie słyszalny szloch.
- Przestać? - mężczyzna wiedział, że niepotrzebnie pyta. Tak właściwie to już dawno temu mógł sobie oszczędzić tego typu pytania, ale kiedy widział jego zapłakaną twarz, za każdym razem miał wątpliwości.
Alibaba tylko pokręcił lekko głową, zaciskając skrępowane dłonie w pięści.
Resztę pamiętał jak przez mgłę. Mocne pchnięcia, a każde z nich wyrywało z jego gardła jęk, skutecznie tłumiony dłonią Kouena. Nie potrzebował więcej, nigdy w takich chwilach nie pragnął niczego innego, niż jego obecności wewnątrz niego, nawet gwałtownej i brutalnej. Zatracił się w tym uczuciu, samemu poruszając biodrami, wychodząc naprzeciw każdemu pchnięciu, synchronizując ich ruchy w jakimś obłędnym tańcu, który tylko oni rozumieli.
A potem dostał w głowę czymś lekkim, ale twardym i dość bolesnym. Otworzył szeroko oczy, zastygając w bezruchu, to samo zresztą zrobił Kouen. Patrzyli przez chwilę przed siebie, wciąż niezdolni do jakiejkolwiek myśli, a potem Alibaba zaczerwienił się wściekle, gdy mężczyzna wybuchnął nietłumionym śmiechem.
Dostał w łeb kijem. Od mopa. Mop spadł mu na głowę.
Warknął tylko ostrzegawczo, zażenowany jak nigdy, aż Kouen odstawił kij na bok, zdejmując dłoń z jego ust, jednak nie przestając się śmiać. Cały nastrój szlag trafił, gdy szarpnął się pod jego uściskiem, żądając natychmiastowego uwolnienia.
Którego, rzecz jasna, nie otrzymał.
Poczuł za to zaraz naganne ugryzienie w bok szyi, na tyle mocne, że na pewno zostaną ślady.
- Jeszcze raz na mnie warknij, a wsadzę ci co innego - usłyszał niski, groźny szept przy uchu i przełknął ślinę, czując, że no cóż, w gruncie rzeczy może jednak nastrój nie poszedł w cholerę.
- Na ścianie? - wymamrotał tylko krótką propozycję, jako że wcale nie miał oberwać w głowę wiadrem czy też czymś podobnym.
Był mu niewyobrażalnie wdzięczny, gdy Kouen już nie rzucał kolejnych uwag, gdy po prostu chwycił go w pasie, unosząc do góry i opierając go o ścianę, pozwalając jego nogom opleść się w biodrach.
Minuty później wygrzebywał chustki z torby, czując się cały obolały, ale mimo wszystko zadowolony. Wiedział, że narzekanie na dobór miejsca nic nie da, Kouen był w takich momentach niewzruszony - pozostawało czekać, jakie wybierze następnym razem i modlić się, by nie było to coś naprawdę dziwnego.
Bo składzik w zasadzie nie był złym miejscem.

wtorek, 3 marca 2015

Pierścionek; marzec 2/31; YuuRen



– Wiesz co, brat – Hakuren usiadł przy Hakuyuu z takim impetem, że wytrącił mu długopis z ręki. Ten w milczeniu schylił się pod stół, podnosząc zgubę i marszcząc brwi.
Powinien zganić Hakurena za to, że znowu wypowiada się w sposób niepoprawny, że powinien odmienić "bracie", ale jakieś dziwne i radosne błyski w jego oczach podpowiadały mu, że zasadnym było raczej oszczędzać siły na wiadomość, która zaraz nadejdzie. Na pewno było to coś głupiego, coś, co będzie wymagało jego natychmiastowej interwencji, w najlepszym wypadku nagany.
– Wiesz, brat – Hakuren znowu podjął temat, podpierając brodę na dłoni, spoglądając na swojego brata z radosnym uśmiechem na ustach. – Zakochałem się.
Długopis po raz drugi spadł na podłogę, ale tym razem Hakuyuu się po niego nie schylił.
Och, no dobrze, w porządku. Zaraz przeanalizuje fakty. Gdzie popełnił błąd wychowawczy?
Jak się nad tym zastanowić, to tych błędów było całe mnóstwo. Zaczynając od wczesnego dzieciństwa, kiedy ich matka jeszcze poświęcała im uwagę. Hakuren miał dziwny zwyczaj czepiania się jej płaszcza i pytania, czy jak będzie grzeczny, to czy będzie mógł poślubić Hakuyuu. Czy jak zje zupę, to czy mama wyprawi im wesele. Czy jeżeli nauczy się wierszyka, to Hakuyuu będzie jego żoną. I jeszcze wiele takich, zwłaszcza gdy Hakuren zaczął się czepiać i jego rękawa, pytając o to samo. Kiedyś nawet kupił mu nad morzem paskudny, pomarańczowy pierścionek z plastiku, który rozmiarem pasował jedynie na kciuk, mówiąc, że to obietnica i kiedyś kupi mu taki z prawdziwym brylantem.
A Hakuyuu bezmyślnie odpowiedział "W porządku", a pierścionek zachował w pudełku z drobiazgami.
Ale to chyba nie było teraz istotne, zwłaszcza że jego młodszy brat wyrósł z tych pytań, zastępując je obietnicami, że jak będzie duży i bogaty, to polecą w kosmos. To już brzmiało lepiej, tak czy siak dalej nie wiedział, gdzie popełnił błąd.
No bo jak to zakochał? Tak po prostu? Powinien się uczyć, powinien siedzieć teraz w książkach, a zwłaszcza nad matematyką, z której był po prostu beznadziejny. Obydwoje mieli tyle zajęć dodatkowych, na które w dodatku nieraz uczęszczali razem, że Hakuren po prostu nie miał okazji kogoś poznać. A przynajmniej nie bez wiedzy Hakuyuu.
– To świetnie – odezwał się w końcu, uznając, że może jednak wypada coś powiedzieć, że przeciągająca się cisza nie jest najlepszą formą wyrazu na nagłą szczerość jego brata. – Zrobiłeś już zadanie z matematyki?
Hakuren patrzył na niego dłuższą chwilę, wyraźnie zachmurzony i niezadowolony z jego reakcji.
A potem po prostu pochylił się i go pocałował.
Zetknięcie ich ust trwało sekundę, może dwie, ale dla Hakuyuu czas się zatrzymał. Długopis na pewno po raz kolejny wypadłby mu z ręki, gdyby nie fakt, że wciąż czekał na niego pod stołem. Trwał tak, patrząc na niego z bliska z szeroko otwartymi oczami, przez tę jedną i wiekopomną chwilę niezdolny do jakiegokolwiek myślenia.
A potem Hakuren się odsunął, patrząc na niego z bliska.
– Nie lubię matmy – odezwał się nadąsany. To nie była żadna nowość, ale Hakuyuu czuł się, jak gdyby nigdy tego nie słyszał. Albo jakby w ogóle widział swojego brata po raz pierwszy w życiu.
– Do lekcji – wymamrotał tylko, pierwszy odwracając wzrok i schylając się po nieszczęsny, zapomniany długopis.
Tego dnia unikali się aż do samego wieczoru, starając się na siebie nie patrzeć, ale Hakuyuu i tak czuł ukradkowe spojrzenia wwiercane w jego kark. Tuż przed pójściem spać wpadł na niego w korytarzu na piętrze, przed drzwiami do łazienki. Patrzyli na siebie chwilę, niepewni siebie nawzajem, a potem Hakuren chwycił jego rękę, ściskając ją przez chwilę w swojej, po czym nałożył na jego palec pierścionek.
Spojrzał w dół; tym razem było lepiej, pierścionek był z doklejaną cyrkonią i choć na pewno nie kosztował więcej niż dziesięć złotych, to coś przewróciło mu się w żołądku na ten widok.
– Zaczekasz jeszcze trochę? – wymamrotał Hakuren, uśmiechając się tak jakoś gapowato, tak po swojemu, a Hakuyuu patrzył na niego oczarowany tym prostym gestem. – Obiecuję, że następny będzie z brylantem.
Skinął powoli głową, podnosząc dłoń i oglądając metalową obrączkę.
– W porządku.